MAJÓWKOWY CZAR cz. I

Uciekłam, musiałam odpocząć. W kilka miesięcy moje życie zamieniło się w koszmar; Ludzie, którzy dzięki mnie nie stracili dachu nad głową paradoksalnie próbowali teraz zabrać go mnie. Przyjaciele po kolei wbijali nóż w plecy. Jakby tego było mały sezon urodzaju na gotówkę nie nadchodził, a wszystkie zarobione pieniądze szły na wciąż niespodziewane wydatki (a to buty się popsuły, a to samochód, a to coś w domu). Klienci notorycznie nie płacili za moje usługi i miałam dość ciągłego ich upominania o przecież (!) moją kasę.

W piątek zadzwoniła do mnie koleżanka Z. Koleżanka Z była jedną z kilku osób, które przyjaźniły się ze mną i jednocześnie nie oczekiwała względem tej przyjaźni żadnych korzyści. Byłyśmy bardzo podobne: na pozór aroganckie i bezpośrednie, ale w środku bardzo wrażliwe i ufne co do ludzi. Obie szczere i z optymizmem patrzące na świat.
- Halo! - odezwałam się leniwym głosem. Był piątek. Córka pojechała ze swoim tatą na majówkę, więc zaplanowałam, że w te kilka dni wolnego zrobię generalny remanent w całym domu. Niepotrzebne rzeczy powyrzucam (Allegro albo szwankuje albo moje rzeczy są tak okropne i bezużyteczne, że nikt ich nie chce kupić), potrzebne lecz nieużywane zbyt często popakuję w kartony, a potrzebne i używane zostawię na wierzchu lub "z łatwym do nich dostępem". Wiązało się to z namówieniem męża na sklep IKEA (kocham ten sklep za to, że mogę tam kupić rzeczy, które potem mogę dowolnie przerabiać i aranżować do każdego pomieszczenia w domu). Musiałam wymyślić jakiś cel, bo sklep nie był zbyt blisko. Uznałam, że sam fakt odwiedzin może by wystarczył, nie zastanawiałam się już potem nad tym.
- Cześć Krystyna - rzuciła. Przezywałyśmy się tak zawsze; różnymi imionami, w zależności od pomysłu i w sumie rzadko mówiłyśmy do siebie po (prawdziwym) imieniu.
- Co tam Zośka? - wiedziałam, że coś kombinuje, ma jakiś pomysł, ale myślałam, ze może chodzi o jakieś firmowe sprawy (od miesięcy debatujemy, jaka działalność mogłaby się nam obu opłacić).
- Pakuj się, za dwie godziny jestem u Ciebie. Wyjeżdżamy do Krynicy. - jej ton był mocno rozkazujący, ale przyjacielski.
- Żartujesz? Ja właśnie kładę spać Małego - odparłam rozhisteryzowanym prawie głosem, jak mała dziewczynka, która tłumaczy się rodzicom, ze ona tego nie zbiła, tylko samo spadło.
- No to daj mu się przespać, a Ty w tym czasie pakuj się. Weź przybory toaletowe, ciuchy dla siebie i Małego. Młodą masz?
- Młoda z ojcem pojechała na "wywczas"
- No to tylko dla Małego. Nie bierz ręczników, zabawek, żadnej zastawy stołowej czy sztućców, weź kostium do opalania.
Rozłączyła się.
Gorączkowo zaczęłam szukać rzeczy po domu. Zadzwoniłam do męża, czy mógłby mi podwieźć fotelik dziecięcy, bo wyjeżdżam.
- Gdzie? - zapytał rozbawiony
- Do Krynicy.
- Fajnie, mam chatę dla siebie, będę mógł grać nawet całą noc - najwyraźniej się cieszył. Nieco się zdziwiłam, bo myślałam, że będę musiała go przekonywać, że to okazja, że dziecko się dotleni.. A on nic, po prostu się cieszył, kolega podrzucił po pracy fotelik. Wszystko się układało. W tym ferworze zapomniałam nawet o tym, że czekam na sms-a od eks odnośnie szczęśliwego dotarcia na miejsce Nie doczekałam się.
Rzeczy mi się właściwie same pakowały. Z szafy wyjęłam rzeczy, które kilka dni temu posortowałam kolorystycznie i właściwie co do pogody. Sprawdziłam pogodę dla Krynicy. Będzie ciepło. Jeden albo dwa dni mogą być nieco chłodniejsze. Wzięłam rzeczy letnie + ochronne od wiatru, czyli do krótkiego rękawa jakiś sweterek (zwykle przy zmianie klimatu jest mi chłodniej niż w domu). Małego spakowałam jeszcze szybciej. Po prostu zdjęłam z wieszaków połowę jego garderoby. Z łazienki zgarnęłam wszystkie rzeczy spod prysznica i opróżniłam jedną półkę (z moimi kosmetykami) w łazience.
W ostatniej chwili przypomniałam sobie o pieluchach. Już nie było na nie miejsca, więc postawiłam je przy walizce na kółkach. Pakowanie zajęło jakieś 20 minut.
Dźwięk dzwonka telefonu znów się rozległ. To ona.
- Zapakuj się w małe torby. trudno będziemy wyglądały jak przekupki, ale ja mam mały bagażnik i jak wsadzimy tam wózek, to może być mało miejsca.
Popatrzyłam zrezygnowana na swoją pięknie zapakowaną walizkę. W myślach przemknęło mi tysiąc pomysłów na to, jak wszystko może się porozlewać, pognieść, porwać i tym podobne. - Dobrze, nie ma sprawy. Też tak pomyślałam - skłamałam.
Pakowanie w torby okazało się nieco trudniejsze niż włożenie wszystko do twardej walizki z wieloma kieszeniami. W końcu jednak udało się.
Mały się obudził, dałam mu zupę i ruszyliśmy na dół, bo koleżanka Z już czekała w samochodzie.

Droga była długa, ale przyjemna. Dzieci były grzeczne, w samochodzie było wygodnie, może trochę ciepło, ale jednak na tyle wygodnie, by moje wiecznie bolące plecy i kość ogonowa nie odezwały się ani razu. Zwykle przy dłuższym siedzeniu boli mnie kość ogonowa na tyle, że mam ochotę wyjąć ją sobie "na żywca", a w bok kręgosłupa wchodzi ból jakby ktoś mi próbował włożyć między kręgosłup i żebra belkę stropową.
Dojechaliśmy późnym wieczorem.

Wysiadłam z samochodu i nie mogłam oprzeć się przepięknemu zapachowi sosny. Byliśmy w lesie, właściwie to na jego skraju, u podnóża Góry Parkowej, a pod nogami przepływał mi malutki strumyczek górski. - Jestem w niebie - pomyślałam, a do Z powiedziałam:
- Miałaś rację z tym zapachem. Jest powalający.














Komentarze