
Dni mijały bardzo szybko. Nadszedł czas wyjazdu. Postanowiłam się spakować dzień wcześniej, żeby potem z rana zająć się tylko bagażem podręcznym. Właściwie wszystkie moje torby można by nazwać bagażem podręcznym, niemniej jednak moje bagaże miały przeznaczenia nietylko podręczne; w jednych torbach były brudne ubrania, w innych czyste, w jeszcze innych kosmetyki, jeszcze termosy i bidony Małego. I tak było tego mniej niż jak jechałam w tamtą stronę, ale i tak na tyle dużo, że było mi niewygodnie.
Wieczorem poszłam do naszego apartamentu dając hasło, że idziemy się z Małym myć. Poszliśmy.
Na początku wycieczki ustaliłyśmy z Z, że apartament sosnowy jest apartamentem dziennym, zaś brzoskwiniowy kąpielowo-sypialnianym. Dzienny apartament składał się z trzech pomieszczeń oraz kuchni i łazienki. Posiadał wszelkie wygody i akcesoria potrzebne, by ugotować (w razie potrzeb), pobawić się (były zabawki oraz np. huśtawka linowa), obejrzeć coś w telewizji (telewizja cyfrowa). Wykorzystywałyśmy go do spożywania wspólnie posiłków; śniadań i kolacji oraz jako bawialnię dla dzieci i salę telewizyjną w razie konieczności (obie nie przepadamy za telewizją).
Pokój brzoskwiniowy był nieco mniejszy, także posiadał kuchnię i jadalnię oraz trzy pokoje i garderobę. W garderobie trzymaliśmy nasze ubrania, co tym samym wpływało na wybór miejsca do toalety porannej i wieczornej w tymże apartamencie. Oba apartamenty były wykończone na wysoki standard i wygodne.
Mały nie bardzo miał humor na to, bym się mogła w spokoju wykąpać, postanowiłam więc, że zrobię to wieczorem po codziennej wieczornej saunie, którą serwowałam sobie zawsze jak szedł spać. Saunę mieliśmy na dole apartamentowca należącego do Z.
Zauważyłam, że maluchowi potrzeba było nieco spokoju od zgiełku i wrzasków innych dzieci, więc zaczęłam się pakować, by dać mu czas na nowe wyzwania i zabawy. Było mu tego trzeba, a ja chciałam spakować się w spokoju, bez stresów i na chybcika jakby to miało miejsce z rana.
Zwarci i gotowi, po prawie dwóch tygodniach, około południa wyruszyliśmy w drogę powrotną. Nawigacja prowadziła nas przepięknymi szlakami, a ja tylko myślałam, że znalazłam miejsce, które pokochałam podobnie jak inne, także urokliwe, także uzdrowiskowe, tylko w innym rejonie kraju, nad morzem, w zachodniopomorskim.
Do Warszawy przyjechaliśmy około 18-tej. Na tyle wcześnie, że mogłam bez problemu próbować streścić mężowi urok Krynicy i ogrom wydarzeń, które nas codziennie spotykały. Pokazując zdjęcia starałam się jak fachowy reporter oddać czar tego miejsca (i jednocześnie nie będąc stronniczą) osobie, która nigdy tam nie była.
W zamian czekała na mnie przepyszna dietetyczna kolacja (oboje jesteśmy na diecie, tylko on z trochę bardziej spektakularnym rezultatem). Siedzieliśmy wtuleni w siebie i opowiadaliśmy sobie wszystko rozwijając tylko wydarzenia przedstawione jako suche fakty przez telefon. Pomyślałam wtedy: Tęsknił trochę.."
Majowy długi weekend jednak jeszcze się nie skończył. Czekało nas jeszcze kilka niespodziewanych wydarzeń...
Fajny opis Majówki,tylko jakoś mam niedosyt,ale u mnie to normalne;)
OdpowiedzUsuńBo to jeszcze nie koniec historii :)
OdpowiedzUsuń