MAJÓWKOWY CZAR CZ. IV ost.

Następnego dnia postanowiliśmy pozażywać wspólnie świeżego powietrza poza Warszawą. Pojechaliśmy do pobliskich Łomianek i ciut dalej. Znaleźliśmy nasze miejsce na ziemi, ale zanim to nastąpiło - rankiem niespodziewanie mieliśmy kurs do szpitala dziecięcego. Dlaczego? A dlatego, że mój syn postanowił sprawdzić dość dogłębnie kant stolika kawowego swoją wargą. Stolik pozostał nieugięty, ale warga się poddała. Oddała walkę zalewając się wstydliwą krwią.
Pojechaliśmy do Instytutu Matki i Dziecka - nie przyjęli nas, bo oni się tym nie zajmują, szpital Wolski (obok) - też. Dotarliśmy na Działdowską i tam dowiedzieliśmy się, że nie jest tak źle, jakby się nam wydawało, szyć nie trzeba będzie i możemy sobie jechać, gdzie chcemy. Pojechaliśmy.

Przejść ze szpitalem w miesiącu maju to nie był jednak kres, ponieważ w okolicach połowy maja postanowiłam zgłosić się do poradni przyszpitalnej (przy szpitalu Wolskim), w celu zrobienia sobie profilaktycznego USG piersi. Pomijam fakt, że miałam skierowanie od lekarza nie z ich szpitala (ale ten wciąż był na NFZ, więc moim zdaniem to marnowanie pieniędzy państwowych) - i tak musiałam iść raz jeszcze do ginekologa, by ten mógł mi wypisać drugą (identyczną, zmienioną jedynie pieczątką zakładu i danymi lekarza) karteczkę na badanie.

Na wizytę przyszłam punktualnie. Weszłam do gabinetu, uprzednio pukając i przedstawiłam się, by lekarz mógł wyszukać (a raczej założyć) moją kartę pacjenta. Okazało się jednak, że kartę muszę założyć w rejestracji, do której (o zgrozo!) czekało 68 pacjentów. Zapytałam więc grzecznie, czy nie można by było tego jakoś inaczej załatwić, bo jestem z małym dzieckiem, a przez telefon nikt mnie nie informował, że takie procedury obowiązują (a raczej, że takie kolejki są). Pan mi powiedział tonem roszczeniowym, że jak mi się nie podoba, to mogę sobie do kierownika iść. No to poszłam... I tego się Pan nie spodziewał.

Wyszedł za mną, żeby sobie przerwę zrobić, bo myślał zapewne, że pójdę stać w gigantycznej wiosce zarazków wszelkiego rodzaju. A ja grzecznie poszłam poprosić, by ktoś się nade mną ulitował. Opisując całą sytuację przełożonej pielęgniarek (kierowniczki akurat nie było) dorwał mnie "Pan Doktor". Zaczął się na mnie wydzierać, grozić, że on mi skierowania nie wypisze, a w ogóle to on będzie mnie "diagnozował na raka zważając na mój tatuaż". W dalszej dyskusji dowiedziałam się, że ten człowiek jest specjalistą w dziedzinie onkologii, czego nie omieszkałam jednak podważyć mówiąc, iż diagnoza "raka" na korytarzu i poprzez pryzmat rysunku na ciele nie wygląda chyba najlepiej w tym wypadku. Dodałam też, że czasy kiedy to tatuaż określał więzienną przeszłość też się chyba skończyły, triumfując (w moim odczuciu, bo to ja czułam się coraz lepiej, nie cała reszta publiczności) na koniec, iż tego typu zachowania pasują raczej do znachora niż uznanego lekarza-onkologa.
Tym razem oczy całej publiczności zgromadzonej w korytarzu i czekającej nudząc się (zapewne dość mocno już) zwróciły się w naszą stronę. Facet spąsowiał ze złości, a ja poszłam do kierowniczki, która po wysłuchaniu moich uwag tyczących się zachowania lekarza - zaprowadziła mnie do Dyrektora Szpitala Wolskiego. Wyglądało to mocno ostentacyjnie i prowokowało komentarze, zwłaszcza że szłam z wózkiem, z dzieckiem, które też już miało dość (bo był upał). No sytuacja na pewno została zauważona ;))
Tam od początku - czułam się jak w błędnym kole - opowiedziałam, o co chciałam grzecznie poprosić , a jak zostałam potraktowana, żeby na koniec napisać skargę do Dyrektora.

Dostałam odpowiedź mniej więcej po tygodniu:



Koniec miesiąca był jednak znacznie milszy i upływał pod znakiem długich spacerów i spotkań z przyjaciółmi .

Komentarze