Tak się zastanawiam, czy to jest fair?
Moje jedzenie na tydzień kosztuje średnio 30 zł. Jedzenie dzieciorka 30 zł dziennie. Ja palę. I nałogowo piję litr Coca-Coli dziennie. Paczkę fajków mam na dwa dni, co daje mniej więcej cztery paczki tygodniowo. Zliczając to moje dodatkowe "jedzenie" wychodzi jakieś 90 zł tygodniowo, czyli i tak nie bilansuje się to z jedzeniem małolata.
Ubrania i buty kupować trzeba. Moje buty czy ubrania bywają droższe, ale starczają mi na kilka sezonów, czego nie można powiedzieć o rzeczach dla brzdąca. Co sezon gruntowna zmiana garderoby i obuwia jest nieodzowna. Znów dzieciorek wychodzi na tym lepiej.
Zajęcia dodatkowe i rozrywka, a także przedszkole czy szkoła też kosztują i to wcale niemało. Jakie ja mam zajęcia dodatkowe? A tak czytanie książek z biblioteki i fitness w domu albo prowadzenie zajęć wieczornych dla fundacji czyli wszystko za free.
Wakacje i wyjazdy są podporządkowane pod dziecko, więc mogę zapomnieć o spędzaniu czasu, tak jak chcę czy lubię, a więc znowu wychodzę na tym "jak Zabłocki na mydle".
Zabawki dziecku kupować trzeba. Tak się zastanawiam, ze może i ja się zacznę jakimiś interesować. Niech będzie choć jedną rzecz, na którą będę wydawać co najmniej tyle co na dziecko. Ach, no tak, nie zarabiam aż tyle, by móc sobie na to pozwolić. Wyliczając średnie wydatki wychodzi mi, że na jedzenie wydaję ok. 320 zł miesięcznie. Na ubrania i buty średnio 300 zł miesięcznie, uspołecznienie małoletniego kosztuje mnie mniej więcej 300 zł, jakieś wyjazdy czy zabawki kolejne 300. Do tego należałoby doliczyć zakupy chemii, dojazdy i leki, co daje kolejne 300 zł i na koniec opłaty, których wysokość jest iloczynem 300 razy 3. Razem ...2600 co najmniej. Gdybym chciała tyle samo wydawać na siebie, co na młodego, to suma by się podwoiła. I jak tu być szczęśliwą samotną matką?
Plus jest tylko taki, że nie posiadając faceta wydatki się nie potrajają. Wszak łatwiej jest zarobić dwa tysiące więcej niż pięć..
Moje jedzenie na tydzień kosztuje średnio 30 zł. Jedzenie dzieciorka 30 zł dziennie. Ja palę. I nałogowo piję litr Coca-Coli dziennie. Paczkę fajków mam na dwa dni, co daje mniej więcej cztery paczki tygodniowo. Zliczając to moje dodatkowe "jedzenie" wychodzi jakieś 90 zł tygodniowo, czyli i tak nie bilansuje się to z jedzeniem małolata.
Ubrania i buty kupować trzeba. Moje buty czy ubrania bywają droższe, ale starczają mi na kilka sezonów, czego nie można powiedzieć o rzeczach dla brzdąca. Co sezon gruntowna zmiana garderoby i obuwia jest nieodzowna. Znów dzieciorek wychodzi na tym lepiej.
Zajęcia dodatkowe i rozrywka, a także przedszkole czy szkoła też kosztują i to wcale niemało. Jakie ja mam zajęcia dodatkowe? A tak czytanie książek z biblioteki i fitness w domu albo prowadzenie zajęć wieczornych dla fundacji czyli wszystko za free.
Wakacje i wyjazdy są podporządkowane pod dziecko, więc mogę zapomnieć o spędzaniu czasu, tak jak chcę czy lubię, a więc znowu wychodzę na tym "jak Zabłocki na mydle".
Zabawki dziecku kupować trzeba. Tak się zastanawiam, ze może i ja się zacznę jakimiś interesować. Niech będzie choć jedną rzecz, na którą będę wydawać co najmniej tyle co na dziecko. Ach, no tak, nie zarabiam aż tyle, by móc sobie na to pozwolić. Wyliczając średnie wydatki wychodzi mi, że na jedzenie wydaję ok. 320 zł miesięcznie. Na ubrania i buty średnio 300 zł miesięcznie, uspołecznienie małoletniego kosztuje mnie mniej więcej 300 zł, jakieś wyjazdy czy zabawki kolejne 300. Do tego należałoby doliczyć zakupy chemii, dojazdy i leki, co daje kolejne 300 zł i na koniec opłaty, których wysokość jest iloczynem 300 razy 3. Razem ...2600 co najmniej. Gdybym chciała tyle samo wydawać na siebie, co na młodego, to suma by się podwoiła. I jak tu być szczęśliwą samotną matką?
Plus jest tylko taki, że nie posiadając faceta wydatki się nie potrajają. Wszak łatwiej jest zarobić dwa tysiące więcej niż pięć..

Komentarze
Prześlij komentarz
Pamiętaj, że "hejtowanie" niczemu nie służy ;)