Robocze wersje nowego opowiadania

Mam pięć minut, żeby się ogarnąć i wyjść. Wspomniałam pięć minut? Gdzie tam! Mam pięć sekund, bo moje dziecko już otwiera drzwi i wyjeżdża swoją huczącą hulajnogą. Ok. Zakładam szybko dżinsy, jakiś sweter, klapki na koturnie i okulary. Do torby (na szczęście na tyle dużej, że z powodzeniem można się do niej w pełni zapakować na czterodniowy wyjazd) wrzucam pospiesznie wodę, telefon i papierosy (nie wiem po co, przy dziecku na dworze i tak nie palę). Portfel grzecznie już czekał. Wychodzę, a raczej wybiegam za moim dzieciorem.

Oczywiście nie zdążyłam pozmywać, co na pewno nie umknie uwadze mojego współlokatora. A może to raczej ja jestem współlokatorką? Nieważne. Przyjmijmy, że jesteśmy po połowie. Współlokator to wieczny kawaler, który wypomina mi pozostawiony w zlewie nieumyty nóż czy nierozwieszone na noc pranie sam nie potrafiąc poscielić (odkąd pamiętam) łóżka i odkurzając pokój raz w miesiącu.

Na szczęście mieszkamy w oddzielnych pokojach. On w większym, ja w mniejszym. Teoretycznie powinno mi być łatwiej zapanować nad bałaganem, ale czy ktoś próbował mieć porządek na 10 metrach kwadratowych, mieszkając z psem i dzieckiem? Pewnie tak. U mnie codzienne sprzątanie to syzyfowa praca, bo pan porządny zawsze mi coś dorzuci na środek pokoju, by zniszczyć jego ład. Ale ja nie o tym chciałam.

Idę na starówkę. Uwielbiam starówki. Zawsze coś się tam dzieje. Kiedy mieszkałam na starówce, nie miałam czasu na siedzenie w domu. Po prostu szkoda było stracić rozrywki, które oferowało to miejsce. Teraz jak pomyślę sobie, że mam zabierać wałówkę na miarę mini wesela, żeby przypadkiem moje dziecko nie odkryło, że gdzieś w jakimś miejscu jest coś, czego mama w torbie nie ma - odechciewa mi się. Ale idę.

Starówka kojarzy mi się z okresem wspaniałych spontanicznych pomysłów. To był wariacki okres, przyznaję, ale był taki beztroski. Wbrew pozorom. No bo czy w mojej obecnej sytuacji zdarza mi się leżąc na polach mokotowskich i wystawiając buzię do słońca, udając przy tym, że się opalam - spontanicznie ruszyć od razu na dworzec z przyjaciółką, by jechać na dyskotekę do Szczytna i wrócić pierwszym rannym autobusem z powrotem? Nie. Jestem już za stara albo zbyt odpowiedzialna albo...nie chce mi się. Jedno z tych trzech. Jeszcze nie wpadłam na to, które.


Komentarze