- Jesteś ekskluzywną zabawką, którą można się pochwalić, ale wszyscy za bardzo Cię pragną, by można było Ci zaufać. Facet przy Tobie wciąż powinien się starać, a my jesteśmy wygodni. Nadajesz się na kochankę. Jesteś wesoła, pewna siebie, przebojowa, ale też wymagająca i - niestety - śliczna. Jesteś skarbem, marzeniem nieosiągalnym. Taka jesteś. - zabolało. Miało boleć. W sumie, to tłumaczy, czemu Coco Chanel nie miała męża; była zbyt wyzwolona, kapryśna i mało kobieca. Była zbyt inteligentna. Nadawała się na kochankę, ale na żżonę miała zbyt cięty język.
- A jak wyobrażasz sobie idealną partnerkę, taką kandydatkę na żonę? - zapytałam udając, że jego słowa mnie nie zraniły.
- Powinna być uległa, wyrozumiała, uśmiechnięta..o! I jeszcze brzydka. Czy uważasz, że jesteś właśnie taka? Idealna?
- Nie. - szybko odpowiedziałam, ale zaraz dodałam: - Chyba nie jestem brzydka.
- Masz rację.
Nie pomylę się chyba, twierdząc, że 99,9% osób, które mnie znają uważają mnie za pewną siebie, nawet trochę rozwydrzoną, zołzowatą księżniczkę o silnej psychice. Taką maskę zaczęłam zakładać w okresie dojrzewania. Uczyłam się jej 20 lat i umiem taką udawać. W rzeczywistości jestem cholernie nieśmiała, bardzo wrażliwa, naiwna i nikomu staram się nie wyrządzić krzywdy.
Dorastałam w ciekawym - z punktu socjologicznego widzenia - środowisku. Widziałam różne zachowania ludzkie, zadawałam wiele pytań i otrzymywałam wyczerpujące odpowiedzi. Poznałam, do czego można być zdolnym w imię wyższego dobra. Naturalnie dla każdego z moich "badanych" to dobro mogło przejawiać się w inny sposób, ale nie w tym rzecz.
Moja mama rozstała się z moim ojcem (czy on z nią, to bez znaczenia), lecz nigdy nie ułożyła sobie życia z innym mężczyzną. Prawdopodobnie, w głębi duszy, kochała wciąż tego skurczybyka, który pozwolił jej uwierzyć, a potem szyderczo wyśmiał jej naiwność. Całe moje dzieciństwo badałam różne rodziny pod kątem pozytywów w małżeństwie i uznałam, że nigdy nie będę mieć męża. Nie chciałam mężczyzny jako stałego elementu wystroju wnętrza. Nie chciałam mebla, który się kurzy ani figurki, która do niczego nie pasuje. Chciałam akcentu, który nadaje wnętrzu charakteru. Jest potrzebny, ale nie niezbędny.
Mój idealny mąż pozwoliłby mi troszkę zatęsknić, bym cieszyła się na jego widok i wyczekiwała go, przygotowana jak na pierwszą randkę. Dawałby mi wolność, wymagając jednocześnie mnie dla siebie na wyłączność. Uczestniczyłby w moim życiu, ale nie ustalał go. Czasem by się mną zaopiekował, ale nie próbowałby przejąć nade mną kontroli. Byłabym dla niego najważniejsza, zawsze stanąłby w mojej obronie. Kochałby i szanował. Zawsze. A przede wszystkim byłby po prostu mój. Taki na zawsze mój.
A najlepsza kandydatka na żonę? Powinna być taka (cytuję, to nie moje słowa):
"Idealna żona ma być kochająca, szczera, wierna, troskliwa, będąca na dobre i złe. Powinna mieć tyle zalet, by przysłoniły jej ewentualne wady. Powinna być taka, bym dziękował losowi, że ją mam i żebym tęsknił za nią za każdym razem, gdy jej przy mnie nie ma".
- Mamo, gdzie zostawiłaś moje czerwone porsche?
- Nie wiem kochanie.
- Przecież Ci je pożyczałem!
- Naprawdę?
- Jeździłaś nim! Te kobiety!
- A szukałeś na swoim parkingu?
- Mamo, facet nie szuka, facet pyta swojej kobiety
- A jak wyobrażasz sobie idealną partnerkę, taką kandydatkę na żonę? - zapytałam udając, że jego słowa mnie nie zraniły.
- Powinna być uległa, wyrozumiała, uśmiechnięta..o! I jeszcze brzydka. Czy uważasz, że jesteś właśnie taka? Idealna?
- Nie. - szybko odpowiedziałam, ale zaraz dodałam: - Chyba nie jestem brzydka.
- Masz rację.
Nie pomylę się chyba, twierdząc, że 99,9% osób, które mnie znają uważają mnie za pewną siebie, nawet trochę rozwydrzoną, zołzowatą księżniczkę o silnej psychice. Taką maskę zaczęłam zakładać w okresie dojrzewania. Uczyłam się jej 20 lat i umiem taką udawać. W rzeczywistości jestem cholernie nieśmiała, bardzo wrażliwa, naiwna i nikomu staram się nie wyrządzić krzywdy.
Dorastałam w ciekawym - z punktu socjologicznego widzenia - środowisku. Widziałam różne zachowania ludzkie, zadawałam wiele pytań i otrzymywałam wyczerpujące odpowiedzi. Poznałam, do czego można być zdolnym w imię wyższego dobra. Naturalnie dla każdego z moich "badanych" to dobro mogło przejawiać się w inny sposób, ale nie w tym rzecz.
Moja mama rozstała się z moim ojcem (czy on z nią, to bez znaczenia), lecz nigdy nie ułożyła sobie życia z innym mężczyzną. Prawdopodobnie, w głębi duszy, kochała wciąż tego skurczybyka, który pozwolił jej uwierzyć, a potem szyderczo wyśmiał jej naiwność. Całe moje dzieciństwo badałam różne rodziny pod kątem pozytywów w małżeństwie i uznałam, że nigdy nie będę mieć męża. Nie chciałam mężczyzny jako stałego elementu wystroju wnętrza. Nie chciałam mebla, który się kurzy ani figurki, która do niczego nie pasuje. Chciałam akcentu, który nadaje wnętrzu charakteru. Jest potrzebny, ale nie niezbędny.
Mój idealny mąż pozwoliłby mi troszkę zatęsknić, bym cieszyła się na jego widok i wyczekiwała go, przygotowana jak na pierwszą randkę. Dawałby mi wolność, wymagając jednocześnie mnie dla siebie na wyłączność. Uczestniczyłby w moim życiu, ale nie ustalał go. Czasem by się mną zaopiekował, ale nie próbowałby przejąć nade mną kontroli. Byłabym dla niego najważniejsza, zawsze stanąłby w mojej obronie. Kochałby i szanował. Zawsze. A przede wszystkim byłby po prostu mój. Taki na zawsze mój.
A najlepsza kandydatka na żonę? Powinna być taka (cytuję, to nie moje słowa):
"Idealna żona ma być kochająca, szczera, wierna, troskliwa, będąca na dobre i złe. Powinna mieć tyle zalet, by przysłoniły jej ewentualne wady. Powinna być taka, bym dziękował losowi, że ją mam i żebym tęsknił za nią za każdym razem, gdy jej przy mnie nie ma".
- Mamo, gdzie zostawiłaś moje czerwone porsche?
- Nie wiem kochanie.
- Przecież Ci je pożyczałem!
- Naprawdę?
- Jeździłaś nim! Te kobiety!
- A szukałeś na swoim parkingu?
- Mamo, facet nie szuka, facet pyta swojej kobiety

Komentarze
Prześlij komentarz
Pamiętaj, że "hejtowanie" niczemu nie służy ;)