Ten post dedykuję mojej mamie...
Moje zauroczenie Francją trwa nadal, choć kiedyś wydawało mi się snobistyczne. W gruncie rzeczy -Francja to kraj miłości i dobrego jedzenia, ale również zapatrzenia w siebie, egoizmu i zdrad.
Zanim francuski styl bycia, a ściślej mówiąc - jego część, zaczęła mnie interesować, musiało minąć wiele lat.
Zacznijmy od początku.
Moja mama w wieku nastu lat zakochała się w pewnym znanym Francuzie (napisała nawet do niego list, ale to akurat nie jest istotny szczegół). Dla tej miłości - zaczęła uczyć się języka francuskiego oraz zmieniła garderobę na bardziej "francuską" (żałuję, że nie nosi się po francusku nadal, chociaż dresu w jej garderobie wciąż na próżno szukać). Zmieniła też sposób bycia i zachowanie (a może zawsze taka była? Trudno powiedzieć, nie znałam jej za czasów licealnych).
W dorosłości pozostał francuski stosunek do dzieci, mężczyzn oraz jedzenia.
Francuscy rodzice nie są nadzwyczaj opiekuńczy, ani też wylewni w uczuciach, choć przyznam, że ich dzieci mają do nich szacunek i bardzo liczą się z ich zdaniem. Moja mama była moją przyjaciółką, ale też swego rodzaju mentorem, od którego uczyłam się trudnej sztuki życia (niewiele niestety się nauczyłam). Mimo podejścia bardzo francuskiego do mojego wychowania - w wieku lat 17, zwiedziłam prawie całą Europę (moja mama lubiła podróże), znałam się na wizażu i modelingu (choć nie było tego widać po moich strojach), byłam wysportowana w różnych dyscyplinach i...wiedziałam, co to środki przeczyszczające. Wchodząc w wiek dorosły, wiedziałam, jakie sztućce są potrzebne, by zjeść konkretne danie, nie bawiło mnie upijanie się do utraty kontroli (spróbowałam alkoholu oficjalnie jeszcze będąc niepełnoletnia i nie przypadł mi do gustu), umiałam się zachować w różnych sytuacjach, nie piłam z butelki i...nie mówiłam "smacznego" (Francuzi uważają, że to przejaw złego smaku).
Dzięki takiemu podejściu mojej mamy (w tym miejscu chciałabym jej podziękować, za wszystko co dla mnie zrobiła i czego mnie nauczyła) - po latach wyciągnęłam wnioski, analizując wszystko raz jeszcze i zasięgnąwszy języka od rodowitych Francuzów oraz przestudiowaniu wielu źródeł i publikacji - odkryłam, o co chodzi z tą ich szczupłością. Cudowna recepta to nie litry czerwonego wina (przykro mi, choć taka też mogłaby by się sprawdzić, pod warunkiem braku podjadania przy kolejnym kieliszku), ale brak jedzenia na mieście.
Kiedy byłam mała, nie chodziło się do KFC czy Mc Donald's, ale ewentualnie do restauracji. Co niedziela, chodziłam z mamą do kawiarni na ciastko (tak, jadłam ciastka w kawiarni, a nie w sklepie spożywczym, wyczekując, aż moja mama skończy zakupy). Moja mama nie specjalnie martwiła się o moje śniadania (zwykle były to dwie kanapki z czymś tam) i bardzo ochoczo przyjęła do wiadomości, że zamierzam sama sobie JE robić. Obiady jadłam w szkole (choć jedzeniem bym tego nie nazwała), kolacje zaś, często były czymś w rodzaju show. W weekendy zawsze była zupa (choć ohydna i siedziałam nad nią naprawdę długo), a po niej drugie danie, z którego najchętniej na tamten czas wykluczyłabym wszystko oprócz schabowych, a najbardziej ziemniaki (moja mama śmiała się, że powinni sprzedawać atrapy, wtedy po prostu by je tylko stawiała dla ozdoby. Tak, tak - danie choć mogło być okropne - musiało ładnie wyglądać. Na deser (albo kolację) mama robiła deskę serów, które wcześniej wybierałyśmy w sklepach z asortymentu, który na tamte czasy był dostępny. Przyznaję, że choć niewielu gatunków sera - były one bardziej serowe niż obecnie. Jadłam zarówno sery pleśniowe, długo- i krótko dojrzewające, kozie, twarde, miękkie i o różnych kolorach. Uwielbiałam je z mamą wybierać, uwielbiałam też nasze uczty serowe (choć jednak wolałam jeść ser na kanapce niż kawałek saute, co moja mama kwitowała zawsze przewróceniem oczami). Jedynym czasem, kiedy można było bezkarnie i w każdym (prawie, niestety tylko prawie) miejscu, był czas pikniku i podróży. Moja mama zawsze brała jajka, ser i pasztety, a także bułki i pomidory. Do tego była jakaś sałatka i...zupa w termosie (nie mogło być za wspaniale). Wszystko to było popakowane oddzielnie i kiedy przychodziła pora posiłku - rozkładałyśmy nasz przenośny bufet i delektowałyśmy się wszystkim, jedząc prawdziwymi (!) sztućcami.
Do czego zmierzam, spytacie. Do sedna. Eureka!
Moje zauroczenie Francją trwa nadal, choć kiedyś wydawało mi się snobistyczne. W gruncie rzeczy -Francja to kraj miłości i dobrego jedzenia, ale również zapatrzenia w siebie, egoizmu i zdrad.
Zanim francuski styl bycia, a ściślej mówiąc - jego część, zaczęła mnie interesować, musiało minąć wiele lat.
Zacznijmy od początku.
Moja mama w wieku nastu lat zakochała się w pewnym znanym Francuzie (napisała nawet do niego list, ale to akurat nie jest istotny szczegół). Dla tej miłości - zaczęła uczyć się języka francuskiego oraz zmieniła garderobę na bardziej "francuską" (żałuję, że nie nosi się po francusku nadal, chociaż dresu w jej garderobie wciąż na próżno szukać). Zmieniła też sposób bycia i zachowanie (a może zawsze taka była? Trudno powiedzieć, nie znałam jej za czasów licealnych).
W dorosłości pozostał francuski stosunek do dzieci, mężczyzn oraz jedzenia.
Francuscy rodzice nie są nadzwyczaj opiekuńczy, ani też wylewni w uczuciach, choć przyznam, że ich dzieci mają do nich szacunek i bardzo liczą się z ich zdaniem. Moja mama była moją przyjaciółką, ale też swego rodzaju mentorem, od którego uczyłam się trudnej sztuki życia (niewiele niestety się nauczyłam). Mimo podejścia bardzo francuskiego do mojego wychowania - w wieku lat 17, zwiedziłam prawie całą Europę (moja mama lubiła podróże), znałam się na wizażu i modelingu (choć nie było tego widać po moich strojach), byłam wysportowana w różnych dyscyplinach i...wiedziałam, co to środki przeczyszczające. Wchodząc w wiek dorosły, wiedziałam, jakie sztućce są potrzebne, by zjeść konkretne danie, nie bawiło mnie upijanie się do utraty kontroli (spróbowałam alkoholu oficjalnie jeszcze będąc niepełnoletnia i nie przypadł mi do gustu), umiałam się zachować w różnych sytuacjach, nie piłam z butelki i...nie mówiłam "smacznego" (Francuzi uważają, że to przejaw złego smaku).
Dzięki takiemu podejściu mojej mamy (w tym miejscu chciałabym jej podziękować, za wszystko co dla mnie zrobiła i czego mnie nauczyła) - po latach wyciągnęłam wnioski, analizując wszystko raz jeszcze i zasięgnąwszy języka od rodowitych Francuzów oraz przestudiowaniu wielu źródeł i publikacji - odkryłam, o co chodzi z tą ich szczupłością. Cudowna recepta to nie litry czerwonego wina (przykro mi, choć taka też mogłaby by się sprawdzić, pod warunkiem braku podjadania przy kolejnym kieliszku), ale brak jedzenia na mieście.
Kiedy byłam mała, nie chodziło się do KFC czy Mc Donald's, ale ewentualnie do restauracji. Co niedziela, chodziłam z mamą do kawiarni na ciastko (tak, jadłam ciastka w kawiarni, a nie w sklepie spożywczym, wyczekując, aż moja mama skończy zakupy). Moja mama nie specjalnie martwiła się o moje śniadania (zwykle były to dwie kanapki z czymś tam) i bardzo ochoczo przyjęła do wiadomości, że zamierzam sama sobie JE robić. Obiady jadłam w szkole (choć jedzeniem bym tego nie nazwała), kolacje zaś, często były czymś w rodzaju show. W weekendy zawsze była zupa (choć ohydna i siedziałam nad nią naprawdę długo), a po niej drugie danie, z którego najchętniej na tamten czas wykluczyłabym wszystko oprócz schabowych, a najbardziej ziemniaki (moja mama śmiała się, że powinni sprzedawać atrapy, wtedy po prostu by je tylko stawiała dla ozdoby. Tak, tak - danie choć mogło być okropne - musiało ładnie wyglądać. Na deser (albo kolację) mama robiła deskę serów, które wcześniej wybierałyśmy w sklepach z asortymentu, który na tamte czasy był dostępny. Przyznaję, że choć niewielu gatunków sera - były one bardziej serowe niż obecnie. Jadłam zarówno sery pleśniowe, długo- i krótko dojrzewające, kozie, twarde, miękkie i o różnych kolorach. Uwielbiałam je z mamą wybierać, uwielbiałam też nasze uczty serowe (choć jednak wolałam jeść ser na kanapce niż kawałek saute, co moja mama kwitowała zawsze przewróceniem oczami). Jedynym czasem, kiedy można było bezkarnie i w każdym (prawie, niestety tylko prawie) miejscu, był czas pikniku i podróży. Moja mama zawsze brała jajka, ser i pasztety, a także bułki i pomidory. Do tego była jakaś sałatka i...zupa w termosie (nie mogło być za wspaniale). Wszystko to było popakowane oddzielnie i kiedy przychodziła pora posiłku - rozkładałyśmy nasz przenośny bufet i delektowałyśmy się wszystkim, jedząc prawdziwymi (!) sztućcami.
Do czego zmierzam, spytacie. Do sedna. Eureka!
Chodzi o to, żeby szanować jedzenie. Szanuj, to co możesz włożyć na talerz. Załóż ładny (i obcisły!) strój, nakryj dostojnie i wtedy jedz. Nie żryj, nie korzystaj z jednorazowych pojemników, daruj sobie kebaba czy burgera w papierku. Nie jedz niczego i nie pij na ulicy (no chyba, że wodę, kiedy jest gorąco). Nie masz się czym chwalić, że nie chce Ci się zadbać o siebie. Masz ochotę na coś słodkiego? Umów się ze sobą, że każdą słodycz jesz w eleganckiej kawiarni. Jak kilka razy przyjdzie Ci się zmierzyć z rachunkiem za zwykłe ciastko - darujesz sobie słodycze. Nie kupuj słodkich przekąsek do domu dla "ewentualnych gości". Wszyscy wiemy, że najczęstszymi "gośćmi" jesteśmy zwykle my sami. Żołądek z głodu przykleja Ci się do krzyża - zjedz pomidora albo wsyp sałatę do miski, dorzuć pomidorki koktajlowe, zalej oliwą z musztardą - 2 minuty roboty. Jesteś na mieście? Zjedz zupę - zmusza ona do tego, by gdzieś usiąść, a nie jeść w biegu. A jeśli już nie masz naprawdę jak i gdzie - przegryź kilka suszonych owoców albo orzeszków. Na jakiś czas Ci wystarczy (aż znajdziesz czas i miejsce, by zjeść coś na talerzu). Jak zjesz sutą i późną kolację - daruj sobie obfite śniadanie. Jak wiesz, że trudno będzie Ci znaleźć czas w ciągu dnia na konkretny posiłek - zjedz bogate śniadanie. Pij. Często pragnienie jest mylone z głodem. Nie przesadzaj z mięsem. Naprawdę nie potrzebujesz jeść go codziennie, chyba że pracujesz bardzo ciężko fizycznie (w co akurat wątpię, bo obecnie w najcięższych pracach zastępują nas maszyny i komputery). Potrzebujesz deseru? Zjedz owoc...widelcem. Nie przesadzaj z ilością, w końcu to deser.
Masz ochotę na pączka obok Twojego domu ("one tak pięknie pachną"). Jedz. W domu. Nożem i widelcem - 2-3 kęsy i tylko, co najbardziej lubisz. Resztę zostaw, podziel się, daj zwierzęciu. Zaczniesz doceniać te smaki, a nie jak dotychczas - wrzucać je do żołądka jak do śmietnika.
Poprzedniego dnia teoria minęła się z praktyką? Trudno, dziś odpuść. Zjedz coś lekkiego albo nasycaj się płynami. Ale przyrzeknij sobie, że nie będziesz za dwa dni znowu obżerać się jak świnia.
A czemu Francuzki jeszcze są szczupłe? Nie dlatego, że dużo chodzą, mało jedzą, palą papierosy i piją hektolitry kawy. Lubią seks. Warto? ;)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pamiętaj, że "hejtowanie" niczemu nie służy ;)